Foto Piątek #5 – Dział Dydaktyczny

Dawno nie było fotopiątku i bezczelnej autopromocji, więc dzisiaj nadrobię. Kilka miesięcy spędziłem w ZOO na dziale tzw edukacyjnym, którego zadaniem było niesienie kaganka oświaty przy pomocy kilku oswojonych zwierzaków oraz miniZOO.

Dział ten był wyjątkowy, bo zwierzęta w nim w teorii mają mieć bezpośredni kontakt ze zwiedzającymi, więc oswajanie i socjalizowanie ich było nie tylko mile widziane, ale wręcz wymagane. Co w praktyce oznaczało masę sweetfoci i anegdot.

pajak1

Historię modelu pająka w boksie pominę. Prawie dostałem zawału :f

Część tych zwierząt była dość pospolita, jak owce, świnie czy kozy, i choć wolę interakcje z bardziej egzotycznymi i dziki zwierzętami, to praca przy tych pospolitszych była też swojego rodzaju frajdą. Jako że od urodzenia mieszkam w centrum miasta gdzie jedyne zwierzęta to gołębie i pająk za szafą, to coś pozornie nudnego jak golenie owiec czy wydojenie kozy było dla mnie jednak czymś ekscytującym. Były tam też egzotyczne zwierzęta i  każde z nich ma swoją historię do której dojdziemy. Póki co…

Kury.

Kury były różnych gatunków, ale w gruncie rzeczy kura to kura.

kura1

Oprócz tej. Ta miała afro.

Jednym z moich zadań było sprzątanie ich kurnika w którym zimowały, co było pocieszne, bo na początku mnie nie znały co oznajmiały masowym, zgodnym gdakaniem gdy coś je spłoszyło. Jak np. dzwonek mojego telefonu, więc gdy ktoś do mnie dzwonił scenariusz wyglądał tak:

*dryń dryń*
<KOKOKOKOKOKO>
-halo?
<KOKOKOKOKOKO>
-Hej Macie… dafuq, gdzie ty jesteś? :o
<KOKOKOKOKOKO>

kura2

Jedna z ciekawszych historii związana z kurami to robienie spa kogutowi. Miał zmiany skórne na nogach, trzeba było mu je odmaczać w wodzie z mydłem. Pierwszego dnia trzymałem go delikatnie i przez całe spa, max koncentracji, bardzo odpowiedzialna robota… Drugiego dnia na moment go puściłem żeby zrobić sweetfocie i tak już został. Po włożeniu go do michy z ciepłą wodą przestawał dawać faka i odpływał na szerokie wody obliwionu a moje poddenerwowane trzymanie go było zbędne.

Kura3

Po kilku dniach kuracji zadałem współpracownikowi zasadnicze pytanie: co mu tak właściwie jest. W odpowiedzi usłyszałem: „a nie wiem, chyba świerzb, czy świerzbowiec”.

:O

Informacja, że kurak może mieć świerzb była dość zaskakująco-niepokojąca po moim nie tylko codziennym łapaniu i trzymaniu go, ale też sprzątaniu kurnika w oparach będących mieszanką trocin, odchodów i siana. Dopiero po powrocie do domu mogłem sobie pogooglać i odetchnąć z ulgą dzięki informacji, że świerzby są różne i ten ichni mi nijak nie grozi.

Arek – Ararauna. (Ara ararauna)

Arek1

Ararauny to w sumie koty w piórkach. Inteligentne, ciekawskie, a w bonusie gadają. Świetne zwierzęta, doki nie zechcesz mieć takiego w domu. Są głośne, i pisząc to mam na myśli „ŁOKURVAJAKIETOGŁOŚNE”. Gdy Arek postanowił uruchomić syrenę, to stojąc obok niego zaczynały cię fizycznie boleć uszy (jakby ktoś ci coś w nie wciskał) i przestawałeś słyszeć cokolwiek.

ara2

Oczywiście miał ku temu powód, który został mi objawiony już pierwszego dnia. Jestem oprowadzany po dziale, Arek zaczyna się nagle drzeć, osoba która mnie oprowadza daje mu orzecha żeby się zamknął. Like… really? Pawłow miał tego dnia ubaw.

ara3

Arek miał swoje humory, czyli potrafił próbować dziabać jeśli wyciągało się do niego rękę, ale szybko rozgryzłem, że to blef i nawet jak złapie, to dość lekko. Oczywiście siłę w dziobie miał (rozgryzienie orzecha włoskiego to dla niego był pikuś), więc zdawałem sobie sprawę, że gdyby chciał, to mógłby mi i oddziabać palec. Ale nie chciał, bo był w głębi ducha małym magnesem na drapanie.

ara3

Respekt jednak swoimi humorami wzbudzał, więc na skutek rotacji na dziale w pewnym momencie byłem jedyną osobą która nie bała się go dotykać. Dzięki czemu też miałem okazję do sweetfoci.

ara4

ara5

TELEKINETYCZNA DESTABILIZACJA WROGIEJ MATERII W TOKU!

 

Owce

Widziałem je na filmach, widziałem je w książkach, widziałem z daleka, ale dopiero przy bliższym kontakcie uświadomiłem sobie, jak groteskowo te zwierzeta wyglądają. Puchate, okrągłe cielsko, patykowate nogi, zęby niepokojąco przypominające ludzkie i poziome źrenice.

owca1

Holy shit, efekt był niesamowity, niezależnie od tego, czy cię obsiadły bo wyczuły karmę w twojej kieszeni:

owca2

 

Czy też gdy ustawiały się w trylarierę:

owca3

 

Owce były też przedmiotem najcięższej pracy jaką zdarzyło mi się wykonać w ZOO. Zdarzały mi się w różne ciężkie zajęcia, w rodzaju łapania kur, wynoszenia kup niedźwiedzi w ilościach idących w wiadra, czy kursowanie w te i we wte z dwukółką wypełnioną sianem bo akurat nie było okazji do załatwienia żadnego samobieżnego pojazdu. Ale golenie owiec… ugh.

Zaplanowane na marzec, kwiecień, wykonane w maju i czarwcu podczas fali upałów. Golenie owcy wygląda fajnie na filmach z zawodów w Nowej Zelandii, gdy robią to na czas i zajmuje im to 15 minut na jedną. Ale oni są zawodowcami i mają wypasione maszynki, a my byliśmy amatorami i mieliśmy nożyczki, więc nam to zajęło 2-3h. Na jedną.

2 godziny na klęczkach, w +30 stopniach. 1 osoba trzyma owce, druga goli. Nie wiem co było gorsze, bo osoba goląca mogła zmieniać pozycję jak chciała, osoba trzymająca już nie. Owce wydzielają lanolinę, która jest woskiem a potocznie nazywana jest „”tłuszczopot owczy”. W którym masz całe ręce przy takiej robocie. Osoba trzymająca nie może się ruszyć, osoba goląca ma mały problem bo nożyczki się tępią w trakcie roboty i im dalej tym gorzej, do tego cięzko stwierdzić gdzie jest granica runa a skóry więc łatwo owce przyciąć (co się zdarzało).

Do tego doszła też plaga komarów która akurat nawiedziła ZOO i okolice, a która objawiała się tym, że w jednej chwili potrafiło na tobie ich usiąść kilka, kilkanaście i sobie pić – w środku dnia. Ale trzymasz owce, więc nic z tym nie możesz zrobić. Fun! Po pierwszej ogolonej uświadomiłem sobie, że zostało jeszcze 15. Oj.

Najlepsze jest to, że w teorii nie trzeba tej owcy trzymać nonstop, bo jak się ją położy, to leży i się nie rusza. Ale co 15-20 minut ma chęć wstać, więc trzyma się ją tylko na wypadek takie podrygu. Co też było okazją do fot z kategorii „Zgadnij, czy żyje”.

owca4

owca5

 

Wally – skunks

Wally był kanapowym skunksem i weteranem działu – w sensie staruszek. Priorytety: pospać, najeść się, czasem pochodzić i już. W moich początkowych miesiącach mieszkał w ambulatorium, więc mój jedyny kontakt z nim był przy sprzątaniu.

wally1

Wally2

Później wrócił na dział, ale też głównie spał/jadł/wydalał, koniec. Za to w moich ostatnich tygodniach na tym dziale trochę się ożywił, a że za młodu był wyprowadzany na spacery, to uznałem, że przyszedł czas zabrać Wallyego żeby poodychał świeżym powietrzem. Wziąłem puszorek, i…holy shit. Być może najlepsze foty jakie mam z ZOO są paradoksalnie właśnie ze skunksem.

Wally3

wally4

Wally5

 

Kozy.

kozy0

Kóz było kilka, i były po prostu kozami. Szybko się zakumplowaliśmy, bo jedną z moich prac było doglądanie miniZOO, co w praktyce oznaczało:

a) naturalne solarium
b) bezustanne zagrabianie bobków dla efektu estetycznego. I z nudów.
c) Wypraszanie ludzi z wózkami dla dzieci, których przerastał piktogram z przekreślonym wózkiem dla dziecka widniejący na wejściu.
d) Wymowne wskazywanie palcem na tabliczkę „za bezpieczeństwo dzieci odpowiadają ich opiekunowie” za każdym razem gdy dziecko dostało z dyńki od kozy.

kozy1

Zalew homo sapiens. Ugh.

Więc jedną z nielicznych rozrywek tam było drapanie kóz, które miały tendencję do łupieżenia się. Normalnie drapały się o pieńki, ale hej! Tam siedzi koleś który drapie! Szybko stałem się mobilnym drapakiem i w sumie było ok.

koza2

Drapie. Aww Yiss…

 

koza4

Przestał! Lizu-lizu, może zacznie…

 

koza6

Mighty Koza

 

Migdały – papugi żako. (Psittacus erithacus)

Migdały były małymi potworami. Sprzątanie ich dość sporej klatki (2x3x2) to był koszmar, więc zadanie to, zgodnie z zasadą fali, dostawały osoby na dziale najświeższe. Czyli na początku ja.

migdal1

Gdy miały dobry dzień, jedynie siedziały na swoich drągach gdy sprzątałem i przemieszczały się tak, żeby zawsze być nade mną. Jednym z moich osiągnięć jest to, że nigdy nie dałem im się okupać – Wielki Kreator dał mi koci refleks.

migdal2

Gdy miały normalny dzień, to jedynie robiły wszystko, żebym je znienawidził. Ot np. dostawały do gryzienia tekturowe pudełka, które szybko przerabiały na małe kawałeczki. Zamiecenie tych kawałeczków to już był wyczyn, a gdy zostawały zamiecione w ładną kupkę dzieki czemu możliwe było użycie szufelki, Migdały pikowały ze swoich drągów prosto w ich środek, a podmuch powietrza z ich skrzydeł był wystarczająco silny, żeby drobinki tektury na powrót rozsypały się po całej klatce. I potrafiły tak kilka razy z rzędu. God. Fckn. Dammnit.

migdal3

Mamy cię tu, o właśnie tu.

Za to gdy miały zły dzień… Cóż, szczotka była dobrym celem. Buty były dobrym celem. Uszy były dobrym celem, więc normą było sprzątanie w kapturze.

migdal4

Migdałów też nigdy nie zapomnę z tego względu, że hmmm… Robiłem w ZOO różne, pozornie niebezpieczne rzeczy, i nigdy mi się nic nie stało. Shit, głaskałem dorosłego lwa po gardle i wszystko było ok.

migdal6

Czasami co prawda zdarzały mi się małe ranki, ale były do przewidzenia, jak np. przy karmieniu z ręki surykatek które nigdy nie były w ten sposób karmione i nie bardzo wiedziały gdzie kończą się robaki, a gdzie zaczyna ręka.

migdal7

Albo przy próbach oswajania sajmiri gdy jeszcze nie wiedziałem, że palce to jednak lepiej trzymać w rękawach (o czym notka tutaj).

migdal8

Ta z lewej sekundę później posmakowała mojej krwi :0

Ale przy migdałach pierwszy raz doznałem obrażeń które choć niewielkie to były wyjątkowe, bo nie tylko były niespodziewane, ale też faktycznie bolały.

Migdal8

Małe bo małe, ale głębokie.

Historia jest zabawna. Któregoś dnia sprzątałem im jak zwykle, miały dobry dzień. Wyszedłem z klatki, zamknałem drzwiczki, wziąłem michy, nasypałem papu, nalałem wody. Otwieram drzwiczki, w jednym ręku micha z wodą, w drugiej z papu. Nagle migdały zaczynają szybkim krokiem (i to bardzo szybkim) zmierzać w stronę drzwiczek, a mówimy o dystansie pół metra. W mojej głowie od razu pojawiła się wizja scenariusza w której one po prostu wychodzą z klatki, a ja później muszę te małe potwory łapać i zaganiać, albo co gorsza, iść i komukolwiek powiedzieć „uciekły mi papugi, help!” Co byłoby masakrycznie żenujące. Więc jedynym rozsądnym, i w pewien sposób odruchowym planem było szybkie postawienie jednej z mich na ziemi i zasłonięcie Migdałom drogi ręką. I mówimy tu o decyzji którą trzeba podjąć w sekundę dwie.

Efekt był następujący – jeden z migdałów skoczył mi na dłoń, nie tylko się w nią wdziobując ale też wbijając się pazurami. A przy tym zaczął trzepotać skrzydłami. I tu w mojej głowie pojawiło się krótkie acz zasadne „co teraz!?”. Czekać aż sam przestanie? Lekko go pacnąć? Użyć drugiej dłoni ryzykując atak drugiego Migdała? CO TERAZ?! Milion scenariuszy równocześnie podczas gdy moja dłoń jest obiektem wyżywania się niezrównoważonej papugi. Na szczęście puściła sama. Lekcja jednak była dobra – nigdy nie używaj swojej części ciała do blokowania drogi zwierzęciu któremu nie ufasz.

migdal9

Zwłaszcza takiemu, które nienawidzi szczotek

Świnie.

Świń było kilka, ale jedna wyjątkowa. Knur Misio.

misio1

Białe łapki, dziki wygląd.

misio2

Chodzący za mną jak pies gdy grabiłem i domagający się drapania go grabiami. Urocze stworzenie, z którym nie wiąże się żadna zabawna anegdota, ale ma dozgonne miejsce w mojej pamięci, bo dzięki niemu osiągnąłem niemożliwe – mam sweetfocie z wielkim, grubym wieprzem.

misio4

14 Komentarze

  1. Normalnie jak 12 prac Maciejkulesa :) W którym Zoo można Cie było dorwać Autorze? Patrząc na wieprzka Misia obstawiam poznańskie, bo tam jest podobne bożyszcze piękna :P

    • Głaskanie jak głaskanie, ale raz mnie liznęła po ręku. Z zaskoczenia, bo jednak ręce nie odrastają więc lepiej trzymać się zasady „z dala od pyska”. Z jednej strony niesamowite uczucie, wielki język, jak krowy tylko z tarką. Z drugiej prawie osiwiałem. Głaskanie po gardle może brzmieć jak coś niebezpiecznego, ale nie jest bo nawet gdyby jej coś nagle przeskoczyło w głowie i uznałaby, że może by jednak mi schrupać rękę, to sekwencja ruchów która by do tego prowadziła byłaby na tyle rozłożona w czasie, że tą rękę byłbym w stanie bez problemu ewakuować zanim by to zaszło.

      Ale już doprowadzenie do sytacji w której jej pycho znalazło się w bezpośrednim kontakcie z moją ręką było z mojej strony wtopą. Pocieszną, sweetaśną i bardzo wyjątkową, ale jednak wtopą która nie powinna się zdarzyć.

  2. Nawiązując do jednego z Twoich artykułów gdzie krytykowałeś pracowników Łódzkiego ZOO za ich ignorancję czy niewiedzę kilka poprawek do tekstu powyżej
    1. Kury to nie kury, a poza rasami wyróżnia się różne typy użytkowe.
    2. Owiec się nie goli, je się strzyże
    3. „Mam sweetfocie z wielkim, grubym wieprzem” otóż nie. Masz zdjęcie z knurem, a nie z wieprzem. Wieprze to kastraty, a misio jest – mówiąc kolokwialnie- sprawnym samcem. –> to najbardziej mnie dotknęło gdyż go uwielbiam!;)

    Pozdrawiam,
    Była Wolontariuszka

  3. Hey.. Mam pytanko. Mianowicie Jakie i gdzie skończyłeś szkoły ponad gimnazjalne ? I na jakich kierunkach ?
    Z góry dziękuję c:

  4. Przypomniało mi się kilka sytuacji z moich praktyk w opolskim zoo.

    1) Sprzątanie azylu ptasiego, kilkanaście boksów, w każdym papugi i…dzioborożec. Hałas, o którym wspomniałeś, doskonale pamiętam do dziś – fizyczny ból i bez słuchawek się nie obyło. A więc, sprzątam sobie sprzątam, ptaki niby mają pootwierane przejścia na zewnątrz, ale co tam, lepiej siedzieć w środku – wiadomo, kontrola musi być. Ale panie z działu zapewniały, że one nie groźne, żeby nie zwracać uwagi. Nie bardzo w to wierzyłam, ale cóż – posprzątać trzeba było. Zatem miotła w dłonie i do dzieła! Pierwsze kilka boksów – luzik. Zdobyłam na pamiątkę piórko ary zielonej – fajnie! Do tej pory wszystko szło git, pełna współpraca. Otwieram kolejny boks, wchodzę. Na gałęzi siedzi ona (albo on ewentualnie, płeć bliżej nieokreślona) i się paczy. Myślę – coś się święci. Ale nic to, zasuwam za sobą drzwi i dzielnie sprzątam. I się zaczyna przedstawienie. Ara (ararauna) sfruwa sobie z gałęzi i czepia się kratek obok drzwi. Patrzę na nią ciekawa co się wydarzy. Nie spodziewałam się tego, co zobaczyłam… Otóż papuga najwyraźniej miała silne parcie na ucieczkę i pozwiedzanie sobie korytarza, a że do tego była sprytna i inteligentna – prawie się jej to udało. Przesuwała sobie dziobem centymetr po centymetrze drzwi od boksu, aż zaczęły się powoli rozsuwać. Na co ja – nie mając ochoty na zaganianie jej z powrotem do boksu, podchodziłam i te drzwi zasuwałam. Po czym ara – very niezadowolona, ponawiała próbę, ale tym razem, gdy próbowałam drzwi zamknąć, groźnie na mnie skrzeczała i starała się mnie dziabnąć… Jak nietrudno się domyślić jej boks sprzątałam trzy razy dłużej niż pozostałe…

    2) Kakadu. Pocieszne białe stworzonka. Aha… „Czasem wchodzą na rękę, możesz próbować (try it they said, it will be fun they said)” Fun to był wtedy jak z dziurą w palcu niemal do kości, z której tryskała krew, biegałam po dziale i szukałam apteczki.

    3) Dzioborożec, który ciągle latał mi nad głową i za każdym razem na chwilę stawało mi serce…

    Trzy dni na tym dziale to o trzy dni za dużo było.

    Koniec! :D

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.