Dzikie Widiło: Schwytanie zająca

Podczas kręcenia tego widiła uświadomiłem sobie jak bardzo niedoskonała jest idea statywu. Kluczowy moment całej akcji nie został uchwycony bo wyszedł poza kadr i nie dało się niczego powtórzyć. Ale hej – jest cała reszta! I możesz uslyszeć jak warczy zając. Profit.

(następnym razem do dynamicznych akcji najmę operatora – obiecuję)

 

4 Komentarze

  1. Fajna odświętna koszula. A tak nawiasem – w jakim wieku zajączek? I skoro do tej pory w niewoli to jak da sobie radę na wolności? Skąd będzie wiedział przed czym zwiewać?

    • Dziękuję, koszula w lwy ;) Zdjęcie: http://i.imgur.com/pnlA9iE.jpg

      Zając miał około 10-12 tygodni.

      Dobre pytanie z tą niewolą i „nauką zwiewania”. Będzie długo.

      U dzikich zwierząt, nawet tych odchowanych „ręcznie” jest to wszystko dość proste – biorą u nich górę instynkty. Jeśli odchowując dzikie zwierzę kontakt z człowiekiem zostanie mu ograniczony do niezbędnego minimum, to tak naprawdę to zwierze nawet odchowane przez tego człowieka nie będzie „oswojne”.

      Temat rzeka, więc ograniczę się tylko do tego właśnie zająca – był odchowany z butelki (którą go karmiłem m.in ja) i odstawiony od niej gdy tylko było to możliwe, a jak zareagował na moją obecność jest fajnie pokazane na filmie. Najpierw naturalny odruch młodych zajęcy, czyli przywarcie do ziemii i ukrycie się. Czego też na filmie nie wspomniałem to to, że młode zające właściwie nie wydzielają zapachu – drapieżniki ich nie wyczują. Ich pierwszym odruchem jest przywarcie do ziemii w nadziei, że nie zostaną zauważone. Wiec najpierw widać u niego próbę ukrycia się, ale połączone z baczną obserwacją mojej osoby.

      Gdy to nie podziałało, i widział, że jestem nim „zainteresowany”, w sensie nie przechodzę obojętnie obok czy nie oddalam się, to spróbował następnej opcji – czyli ucieczki. Gdy i to nie podziałało, możliwa była opcja ugryzienia – bezpośrednia konfrontacja to ostateczna broń zwierzęcia gdy już sobie uświadomi, że wszystkie inne opcje zawiodły. Pośrednim było też ostrzeżenie wokalne, które też fajnie słychać na filmie – czyli warczenie zająca. Gdybym próbował go złapać za głowę albo nieodpowiednio ustawił rękę, to być moze skończyłoby się na ugryzieniu.

      Mimo, że był to zając odchowany w niewoli (choć urodzony na wolności), w tym też odchowany przeze mnie, to idealnie włączyły mu się wszystkie odruchy niezbędne do przeżycia – cała drabinka. Ukryć się – uciec – ostrzec – zaatakować (do czego nie doszło).

      Instynkty mu się uruchomiły, bo został odchowany przy możliwie najmniejszej ingerencji. Człowiek dla niego to nadal była dużo większa od niego istota, a w świecie zwierząt jeśli jakaś większa istota jest tobą zainteresowana (czyli wlepia w Ciebie wzrok i/lub zaczyna Cię gonić), tzn, że nie jest dobrze i trzeba po kolei odpalić wszystkie mechanizmy obronne.

      Ten zając odbierał człowieka jako niebezpieczeństwo, mimo odchowania przez butelkę. Instynkty zostały niezaburzone, więc można było spokojnie założyć, że cała ich reszta też nie. Czy chodzi o człowieka, czy lisa czy zdziczałe psy.

      Sprawa wyglądałaby odmiennie, gdyby w trakcie rozwoju został mu instynkt przytłumiony większą ingerencją człowieka – czyli np gdyby ktoś do tego zająca codziennie wchodził, choćby przy nim siedział i żeby zakodowało mu się, że ten wielki dwunóg nie jest niebezpieczeństwem.

      Jeśli interakcje z takim codziennie miałyby różne dwunogi, to zając by się oswoił. Nie bałby się ludzi. Wypuszczenie go wtedy byłoby nierozsądne i zarazem niemożliwe.

      Choć tutaj też warto zaznaczyć, że to oswojenie nie byłoby gwarantowane. Ciekawostką jest to, że różne osobniki tego samego gatunku mogą być kolokwialnie rzecz ujmując „różnie towarzyskie”.

      Świetnym przykładem jest sroka z pierwszego widiła. Trafiały do nas sroki odchowane przez człowieka, sami niektóre odchowaliśmy od pisklaka, ale sroka przedstawiona na filmie jest pewnego rodzaju unikatem – bo człowieka się nie boi kompletnie, i to żadnego.

      Film ze sroką nakręciłem podczas mojego drugiego wejścia do niej. Do de facto dzikiego zwierzęcia, które mnie nie znało. Jej instynkt był aż tak zniwelowany, że odbierała mnie jako coś jej przyjaznego.

      Nie wiem od czego to zależy tak naprawdę, czy to zależy od cech danego osobnika czy też może osoba która ją odchowała i do nas przywiozła była mistrzem behawiorystyki. Ale ta sroka jest świetnym przykładem na to, jak pozornie dzikie zwierze może stać się zwierzęciem w pełni oswojonym. I jak rzadkie (bo jak wspomniałem – ona jest unikatem) jest aż takie oswojenie.

      Też dzięki temu można zrozumieć, dlaczego udomowienie wilka czy dzikich kotów zajęło kupę czasu (kilka tysięcy lat przy optymistycznych założeniach). Bo, czego ta sroka jest świetnym przykładem, osobniki aż tak podatne na kontakt z człowiekiem to mały ułamek całej puli. Dobrać ją i rozmnażać do momentu w którym dostaniesz zwierze które się z automatu dogada z człowiekiem to długa droga.

      (choć kotom trochę zostało – jeśli do pewnego wieku kocię nie ma kontaktu z człowiekiem, to później bardzo ciężko będzie go do człowieka przyzwyczaić)

      Uff, trochę się rozpisałem. To właściwie mini-notka :0

      Clue jest takie, że pomimo iż zając był odchowany w niewoli, przy kontaktach z homo sapiens, to nijak mu to nie przeszkodzi w normalnym, dzikim życiu. Instynkty i tak wezmą górę, a zniwelowane mogłoby być tylko przez celowe go oswajanie – w sensie jak najczęstszy z człowiekiem kontakt. Który się dzikim zwierzętom jak tylko to jest możliwe ogranicza, jeśli mają być wypuszczone na wolność.

  2. Lat temu kilka, kiedy wieczorem wracałam z pracy do domu, pod samochód przede mną wpadł taki właśnie szarak. Odbił się od koła, potoczył w stronę skraju drogi, bardzo niemrawo przekicał do pierwszych krzaków i tam znieruchomiał. Zatrzymaliśmy samochód, żeby sprawdzić, co ze zwierzakiem. Miał jedną tylną łapę niesprawną, reszta zająca wyglądała ok, ale nie mógł się sam przemieszczać – na nas głośno krzyczał (naprawdę głośno!), ale nie próbował uciekać. Wszystko działo się na skraju wsi, więc wiadomo, psy chociażby… Zapadła decyzja, żeby zawrócić do firmy po jakieś większe kartonowe pudło i spróbować przewieźć delikwenta w miejsce, gdzie ktoś mu będzie mógł pomoc. Wróciliśmy w ciągu 30 minut, było już dobrze ciemno, ale krzyczący na ludzi zajączek nie ruszył się z miejsca (chociaż zajączek to niezły eufemizm, bo było toto większe ze trzy razy od mojego kota!). Udało się go przesunąć delikatnie do podstawionego pudła i rozpoczęliśmy wspólny rajd po lecznicach… W Warszawie jest azyl dla dzikich zwierząt, ale uwaga – tam może trafić tylko dziki zwierz capnięty w granicach miasta, a nie pod miastem (ręce opadają…). Staż miejska umywa ręce i nie ma zielonego pojęcia, co zrobić z czworonożną ofiarą kolizji. Nawiedziliśmy dzwoniąc gdzie popadnie lecznicę weterynaryjną (bo może ze zwierzakiem jest na tyle źle, że trzeba go będzie uśpić), ale tam po oględzinach udało się wydzwonić numer do jakiejś placówki pod Kontancinem, na tyłach ogrodu botanicznego, która mogłaby przyjąć nierejonowego zajączka. Więc pojechaliśmy (szarak zrobił tego wieczora tranzyt kilkudziesięciu kilometrów w bagażniku). Na miejscu przekonaliśmy stróża, żeby nas wpuścił na teren ogrodu (fajna sprawa! samotny rajd po ogrodzie nocą) i podjechaliśmy do miejsca ogrodzonego siatką, za którą utykając spacerowały dwie małe sarenki. Wyszedł do nas lokalny Animalus ;), który – chociaż trochę sprawiał wrażenie, że właśnie spał, albo kładł się spać – zamiast narzekać, że powinniśmy zostawić zwierzaka na poboczu i nie zawracać nikomu, hm, głowy – sprawnie zajął się zającem i zainstalował go pod lampą w przytulnym boksie. Niestety bez rentgena nie dało się stwierdzić, jak bardzo zwierz został uszkodzony, więc nie wiem, jakie go czekały rokowania. Mam nadzieję, że dał radę i wylizał się z kontuzji.

    • O, czyli happy end w sumie :D

      Zapisuję do pamięci, że w ogrodzie pod Konstancinem jest lokalny animaludź ;)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.