Ambue Ari – wolontariat w dżungli

Na drugim końcu świata, 11 tysięcy kilometrów od Polski, w boliwijskiej dżungli znajduje się schronisko dla dużych kotów. W lesie deszczowym, który normalnie ogląda się na filmach dokumentalnych, pośród morza komarów, pająków, węży i skorpionów schronienie znalazło ok 20 pum i jaguarów. Spędziłem tam 3 miesiące opiekując się nimi i pobyt w takich warunkach wykonując bardzo specyficzną pracę, którą się tam wykonuje można określić tylko jednym słowem: hardcore.

Ambue Ari to położony w dżungli park o powierzchni 1000 hektarów (+nieoficjalnie przylegająca do nich bezpańska dżungla) i jest jednym z 3 parków założonych przez organizację prozwierzęcą CIWY (Comunidad Inti Wara Yassi). Jest to chyba jedyna organizacja działająca w Boliwii na rzecz dzikich zwierząt, a taki stan rzeczy wynika z faktu, że Boliwia jest najbiedniejszym krajem Ameryki Południowej – zarówno przeciętny Pablo jak i boliwijski rząd mają dużo rzeczy na głowie i ochrona dzikich zwierząt leży w tym kraju gdzieś na samym dole priorytetów. CIWY od momentu założenia, czyli od wczesnych lat 90tych zdołało założyć 3 schroniska dla dzikich zwierząt, w tym dużych kotów jak pumy czy jaguary.

Ciwy

O organizacji tej dowiedziałem się 3 lata temu od znajomej (polecam jej bloga przy okazji: klik) – była przez miesiąc w jednym z ich parków, tym najbardziej cywilizowanym o nazwie Park Machia, a do jej zadań należało m.in. zapewnianie bodźców jednemu z przebywających tam ocelotów. Zapewnianie bodźców polegało na wyprowadzaniu tego kota na cały dzień do dżungli. W trakcie rozmów wspomniała, że inny ośrodek tej organizacji, Ambue Ari skupia się na dużych kotach, a opieka nad nimi wygląda analogicznie jak w przypadku ocelotów w Park Machia. Szybki googiel wypluł mi morze materiałów pokazujących ludzi w zielonym piekiełku z jaguarami i pumami na smyczy. Zwłaszcza rok 2011 obfitował w doniesienia prasowe o tym miejscu a tłumaczenie jednego z artykułów dopuścił się nawet Onet:


http://podroze.onet.pl/na-spacer-z-puma/1ew20

Osoba którą byłem 3 lata temu zapłonęła entuzjazmem i postawiła sobie cel: pojechać tam kiedyś, na możliwie jak najdłużej, czego przebłyski tu i uwdzie przebijały się również na tym blogu (ot choćby artykuł o potworach w Boliwii z jednym bardzo sugestywnym zdjęciem: klik)

W ciągu tych 3 lat jednak rozmyślając nad jakimś wolontariatem przy dużych kotach na drugim końcu świata zaczęłam grzebać nad innymi opcjami i dopiero wtedy zarysował mi się prawdziwszy obraz świata – wolontariat polegający na bezpośrednich interakcjach z dużymi kotami to w 99% cyrk i szemrany biznes, a co też znalazło odźwięk na tym blogu w postaci notek o Świątyni tygrysów (klik) (która to notka ostatnimi czasy się potwierdziła), czy o cynicznej, naciągającej naiwnych woloturystyce w Afryce (klik). Wraz ze wzrostem mojej świadomości jak to wygląda, entuzjazm względem Ambue Ari opadał – a swoistym gwoździem do trumny był zeszłoroczny cykl artykułów o pewnym jegomościu spacerującym z pumą w Polsce.

Jestem stety/niestety przypadkiem który będzie drążył tak długo, aż dodrąży się prawdy i kwestia CIWY nie dawała mi spokoju. Od czasu do czasu grzebałem w sieci za blogami byłych wolontariuszy Ambue Ari (jest ich mrowie) i bacznie śledziłem ich grupę na FB. Oraz z nimi rozmawiałem nie zdradzajac się z moimi wątpliwościami. Po kilku miesiącach takiego małego śledztwa obraz który mi się rysował był następujący:

Ambue Ari nie rozmnaża dużych kotów, nie kupuje/sprzedaje ich, wszystkie które się tam znalazły, zostały odebrane ludziom którzy albo próbowali zrobić z tych kotów domowe maskotki, albo zostały odebrane od handlarzy na czarnym rynku. Ambue Ari ma do dyspozycji kawał dżungli, więc żeby przyzwyczajone do człowieka koty nie spędziły reszty życia w klatce, przyjęto niekonwencjonalny model enrichmentu – pumy, jaguary i oceloty są wyprowadzane w kontrolowanych warunkach do dżungli przez ludzi którzy zdają sobie sprawę z ryzyka – bo jedyną alternatywą dla tych kotów byłoby spędzenia życia w klatkach.

Przy takiej wersji i opisie działania tego parku przekazywanej mi przez coraz to kolejne osoby uświadomiłem sobie, że wszyscy przecież nie mogą ściemniać, między wierszami treści blogów byłych wolontariuszy nie umiem doszukać się czegokolwiek podejrzanego, a jeśli mam możliwość pojechać tam i nie pojadę tylko przez niesmak wywoływany przez obraz kogoś z pumą na smyczy, tzn, że zbyt zaangażowałem się w pewne lokalne sprawy w Polsce i gdzieś mi umyka całokształt. Jeśli też mam stracić okazję do nabycia praktycznej wiedzy z dziedziny zachowania pum i jaguarów (zwierząt z którymi jeszcze nie pracowałem, a co by się przydało), to byłoby lekkomyślnością mieć możliwość pojechania tam i z takiej możliwości nie skorzystać.

Kupiłem bilet do Boliwii i tak zaczęły się dziwne 3 miesiące w dżungli polegające głównie na tym:

Tupac

dżungla.jpg

Leo.jpg

sjesta.jpg

ocelot.jpg

 

Jak to wszystko wygląda? Mieszkasz w obozie na skraju dżunglii, 12 kilometrów od najbliższej wioski (wioska = 5 domów na krzyż). Obóz nie ma prądu (oprócz generatora do użytku lodówki na mięso dla kotów), woda czerpana jest ze studni głębinowej.

 

oboz1.jpg

oboz2.jpg

oboz3.jpg

 

Za sypialnie służy Ci pomieszczenie 4x5m które współdzielisz z 3-5 innymi osobami, podłoga to betonowa posadzka a ściany są w połowie z siatki.

 

pokoj1.jpg

 

Codziennie rano wstajesz o 6:30, na śniadanie przez 3 miesiące jesz dzień w dzień 2 jajka i dwa kawałki chleba w otoczeniu świrów podobnych Tobie:

 

sniadanie

 

Po pracy w obozie (zamiatanie, sprzątanie latryn, karmienie obozowych zwierząt itp.) idziesz kilometr, dwa do dżunglii obsłużyć swojego kota

 

sprzatanie.jpg

 

Wybiegi kotów rozsiane są po terenie parku i rozmieszczone co ok. 1km żeby zwierzęta wzajemnie się nie stresowały. Po dotarciu na miejsce przypinasz liny do pumy czy jaguara i w 2 osoby idziecie na kilka kilometrów spaceru po lesie deszczowym z drapieżnikiem, który z łatwością może zranić człowieka. Kot ma wyznaczone ścieżki po których może się poruszać i może po nich iść gdzie chce (byle nie w dżunglę).

 

spacer1.jpg

 

Puma czy jaguar ma czasami zły humor, bo w końcu jest kotem, więc niski poziom stresu po takim spacerze uznajesz za sukces.

 

pospacerze.jpg

 

O 12:30 wracasz na lunch, który składa się z makaronu lub ryżu + coś sosopodbnego. Do 14 przerwa, o 14 znowu ruszasz w dżunglę żeby wyprowadzić kota. Czasem żeby dojść do jego wybiegu musisz przejść przez mokradła, czyli naturalne skupiska wody do pasa. O 19 zapada przy równiku zmrok, więc o 18 wracasz do obozu, bierzesz zimny prysznic, suszysz się i idziesz na kolację – ponownie ryż lub makaron z czymś sosopodobnym. Po kolacji idziesz do swojego pomieszczenia sypialnego mając okazję do poznania lokalnej fauny po drodze. Przez 3 miesiące mojego pobytu tam zobaczyłem w promieniu 10 metrów od moich drzwi ptaszniki, węże, skorpiony i potop mrówek:

 

ptasznik.jpg

waz1

skorpion1.jpg

 

Ok 20. kładziesz się na sienniku, zabezpieczasz moskitierę i wycieńczony odpływasz. Co sobotę masz wolne więc w piątki wieczorem cały obóz pije na umór żeby spuścić z siebie parę, czyli spartańskie warunki + stres. Jedną z ulubionych rozrywek jest zadanie „dobierz sobie strój tematyczny jedynie przy wykorzystaniu rzeczy w obozie”. Nazywaliśmy to enrichmentem dla ludzi i dopiero w takich warunkach możesz w pełni zrozumieć słowo „kreatywność” – jak np w przypadku wieczoru „francuskiego”.

 

Francja1.jpg

 

Lub akcji „Przebierz się za postać z filmu.”

 

Beetlejuice

 

W soboty  jechaliśmy autostopem do najbliższego miasteczka (50km dalej) i wpadaliśmy w objęcia oblivionu.

 

autostop1.jpg

 

laguna1

 

W niedzielę do pracy – tak wygląda tam tydzień po tygodniu. Jakie mam wrażenia po 3 miesiącach zarówno pod względem tego miejsca jak i faktu bezpośrednich kontaktów z pumami i jaguarami? W trakcie mojego pobytu miałem mniejsze lub większe interakcje z łącznie 7 kotami. Starałem się miec oczy otwarte na wszystko, co by mnie zaniepokoiło, a kopalnią wiedzy okazały się bardzo pijane weekendy z ludźmi którzy tam są od kilku lat (którzy mnie polubili i mówili co im się nasuwało). Wnioski?

CIWY leci do mojej zakładki jako miejsce etyczne i robiące dobrą robotę, choć ma też swoje wady wynikające głównie z braku kasy. Zwierzęta które tam trafiają mają wszystkie mniej lub bardziej smutną historię. np. samiec pumy Tupac trafił do ośrodka jako młody kociak po tym, gdy farmerzy zabili jego matkę, zabili jego rodzeństwo z miotu, a Tupac przeżył tylko dlatego, że w trakcie bicia stwierdzili, że w sumie mogą go sprzedać. Obrażenia uszkodziły mu wzrok:

 

Tupac.jpog

 

Leo był używany przez lokalną rodzinę jako maskotka – do czasu jak nie podrósł i nie zaczął robić coś dla pum naturalnego, czyli skakać na inne obiekty w ich otoczeniu. W tamtym przypadku na dzieci. Połamano mu tylnie łapy żeby nie skakał i w takim stanie został odebrany przez policję i dostarczony do CIWY. Walka o to, żeby chodził zajęła rok.

 

Leo1.jpg

 

Ocelot Lazy Cat też była trzymana jako maskotka i z powodu złej diety straciła większość zębów. Do Ciwy trafiła wychudzona i w koszmarnym stanie:

 

Lazy.jpg

 

W Ambue Ari nie ma zwierząt z normalną przeszłością – to w końcu schronisko. Zostały przejęte najczęściej od oszołomów którzy kupowali je na czarnym rynku żeby zrobić z nich maskotki. I nie mieli pojęcia, jak się nimi zająć, pomijając kwestię etyczne. Kotów z tego ośrodka nie da się już wypuścić na wolność – za dużo kontaktu z człowiekiem, zbyt duże problemy ze zdrowiem i w końcu, zwłaszcza w przypadku pum i jaguarów, brak przestrzeni żeby to zrobić. Na terenie Boliwii w każdym miejscu w którym byłyby dogodne warunki do życia dla np. jaguarów już dzikie jaguary są (i każdy z nich zajmuje bardzo duże terytorium). Jeden dziki jaguar zapędzał sie nam nawet na teren parku. Wypuszczenie takiego zwierzaka skutkowałoby tym, że walczył by o terytorium już z przebywającym tam kotem a to by poskutkowało śmiercią jednego z nich. Nawet jeśli udałoby się znaleźć optymalne terytorium bez pumy czy jaguara (nie da się tego sprawdzić w boliwijskich warunkach), to przez wcześniejsze kontakty z człowiekiem mógłby się zapędzić do którejś z wiosek i skończyłoby się to fatalnie dla nich, albo dla ludzi.

Stąd dla tych kotów opcje są dwie: albo spędzenia życia w klatce, albo namiastka wolności jaką dają spacery po ich naturalnym środowisku – bodźce które otrzymują dzięki temu sprawiają też, że żadne z przebywających tam zwierząt nie ma choćby stereotypii.

 

Tupac3.jpg

 

Przez 3 miesiące zajmowałem się w Ambue Ari łącznie 4 pumami, 2 jaguarami i ocelotem. Pisząc w zeszłym roku cykl o lipnych cyrkach na przykładzie Kamila S. miałem tylko wiedzę teoretyczną względem zachowań takich kotów w warunkach „smyczowych”. Nabycie praktyki w kwestii pum pod tym kątem tylko mnie utwierdziło w przekonaniu, że to jest niebezpieczne a duży kot nawet przyzwyczajony do kontaktu z człowiekiem w losowym momencie może się zamienić w zwierzę które chce Ci zrobić krzywdę (i mam sporo materiałów filmowych z takich sytuacji). Niektóre koty w Ambue Ari są tak wyprowadzane od prawie 10 lat, i mimo tego potrafią się rzucać na człowieka, przy czym nie zawsze jest to zabawa i jedynie dobry refleks ochrania Cię przed szwami. 83 dni w ośrodku który nieodpowiedzialnym ludziom odbiera duże koty tylko podsyciło moją determinację, żeby w zarodku zwalczyć problem z którym od dawna boryka się zachód – niekontrolowanym dostępem przypadkowych ludzi do dużych kotów. Taki dostęp owocuje zwierzętami które nigdy nie powinny spędzić życia w niewoli i których na wolność przywrócić się nie da – muszą żyć niańczone przez człowieka bo ktoś kiedyś miał fantazję a był i popyt i podaż.

Tupac4

 

W ciągu 3 miesięcy spędzonych w dżungli wydarzyło się sporo – którejś nocy musiałem wracać sam drogą przez dżunglę, 12 km bez latarki, mając świadomosć, że w okolicy żyje zarówno dziki jaguar jak i puma. Byłem świadkiem, jak pekari (świniopodobne) atakuje człowieka i rozgryza mu nogę (~30 szwów) a na mnie padło bycie tym, kto musiał ją od tego człowieka odgonić. Spędziłem 2 godziny z młotkiem w ręku i 2 innymi osobami w obozie po alarmie o ucieczce najgroźniejszego tam jaguara (który przez agresję wychodzić nie mógł). Historii z mojego pobytu w Ambue Ari mam na przynajmniej kilkadziesiąt notek, a był to pierwszy z wyjazdów które planuje – wszystko mam plan opisać. Nie chcę jednak tego bloga zamieniać w bloga „podróżniczego”, stąd po burzy mózgu podjąłem decyzję o zrobieniu nowego, dedykowanego właśnie wyjazdom. Animalus.blog.pl oczywiście nie zostaje zamknięty, zlikwidowany czy porzucony – będę tutaj nadal od czasu do czasu publikował notki o tematach „okołozwierzęcych” (czyli coś na kształ notek o cyrkach, Świątyni Tygrysów itp), jednak po historie z Ambue Ari i w przyszłosci z innych takich wyjazdów zapraszam do czegoś nowego i w lekko innej formule.


http://animalus.eu

Notki na blogu animalus.blog.pl są mariażem linków i zdjęć – bez nich tekst notek nie miałby często racji bytu. Na nowym blogu poświęconym podróżom wpisy będą nie tylko krótsze niż na tym blogu, ale będą też miały formułę bardziej „książkową” i szczerze mówiąc nie wiem jak ten eksperyment wyjdzie, będę wdzięczny za wszelką negatywną krytykę i sugestie. Z Ambue Ari przywiozłem też kilkanaście godzin nagrań jak wyglądają spacery z kotem – póki co ogarniam materiał, na wrzesień planuję reaktywację kanału na Youtube. A jako wisienka na torcie rusza blogowy Tweeter.


https://twitter.com/AnimalusBlog

Self1

Tresura w cyrkach

Jak nauczyć tygrysa skoku przez płonącą obręcz? Jak nauczyć słonia balansowania na kuli? Techniki tresury w cyrkach nie są wiedzą łatwo dostępną, wiedza ta jest jednak niezbędna żeby móc w miarę możliwości obiektywnie spojrzeć na zagadnienie zwierząt wykorzystywanych do pokazów – bez tego można utknąć w ogólnym pojęciu „znęcanie się”, które może nie oddawać pełni prawdy.

Pokazy dużych kotów w cyrkach są pod pewnymi względami imponujące jeśli stłumić empatię i spojrzeć na nie przez pryzmat behawiorystyki zwierząt. Już nauczenie domowego kota cyrkowych sztuczek może wydać się przeciętnej osobie czymś niemożliwym do zrobienia, w cyrkach jednak takie rzeczy robią nie domowe koty, a lwy i tygrysy. Drapieżniki które w swoim środowisku są na szczycie łańcucha pokarmowego – jak z takiego zwierzęcia zrobić posłuszną marionetkę?

Czytaj dalej

Ź: Oswojona puma a bezpieczeństwo

W poprzednich wpisach o pumie pomijałem dość ważny aspekt – pomijałem nieświadomie, bo jednak dla mnie było to oczywiste. A chodziło o niebezpieczeństwo wynikające z działalności opierającej się na umożliwianiu kontaktu przypadkowym ludziom, w tym dzieciom, z dużym, oswojonym kotowatym.

Odkąd zacząłem badać sprawę która jest przedmiotem ostatnich notek regularnie opadała mi szczęka. Opadła mi gdy zachwycona matka opisała na swoim blogu jak pozwoliła swojemu dziecku wejść na wybieg ~1,5 rocznej pumy i ustawić je do niej tyłem żeby zapozowało do zdjęcia.

http://www.justynakotowiecka.pl/2015/08/awantura-o-pume.html

 

Opadła mi, gdy zobaczyłem zdjęcie ~półtorocznej pumy w bezpośrednim otoczeniu małego dziecka:

https://www.facebook.com/WolontariatGAJUSZA/posts/930561707000122

https://www.facebook.com/WolontariatGAJUSZA/photos/pcb.930561707000122/930560317000261/?type=1&theater

 

Opadała mi przy okazji większości linków które zostały zawarte w poprzednim wpisie, a które ukazywały m.in. ucieszonego ojca pozwalającego swojemu dziecku pozować na tle pumy.

http://animalus.blog.pl/2015/08/15/puma-od-a-do-z-w-polewie-prawa-cyrkowego/

I przez długi czas nie mogłem zrozumieć jakim cudem Ci ludzie nie zadali sobie choć przez moment pytania „czy to bezpieczne”. Oczy tak naprawdę otworzyła mi dopiero wymiana zdań z autorką bloga zalinkowanego wyżej, a która znajduje się pod jej wpisem. Dopiero wtedy mnie olśniło – ci ludzie mają bezkrytyczne podejście najprawdopodobniej dlatego, że ich wiedza o zachowaniu zwierząt wzięłą się tylko z interakcji ze zwierzętami udomowionymi, takimi jak psy czy koty, a wiedza o dzikich zwierzętach i ich zachowaniu jest znikoma.

Utożsamiają oswojenie z udomowieniem, nie wiedzą, jaka jest różnica (o której tu: klik) i dla nich sprawa jest prosta – puma jest odchowana od małego, oswojona, czyli jest jak pies czy kot. A wg nich jej właściciel to przecież nie jest przypadkowy człowiek, bo ma pumę, więc niewątpliwie posiada dużą wiedzę w tym temacie i jeśli mówi im, że wpuszczenie dziecka na wybieg jest bezpieczne, to na pewno takie jest.

Czy można winić ludzi nieposiadających tematycznej wiedzy za takie podejście? Nie. To trochę tak jakby przypadkowy człowiek oferował ludziom przeloty swoim helikopterem, a jego strona na FB byłaby wypełniona zdjęciami z takiej działalności. Przeciętna osoba która nie ma pojęcia jak skomplikowy jest pilotaż helikoptera założy, że jeśli ten człowiek ma helikopter, lata nim, żyje, a do tego skorzystali z tych przelotów inni ludzie i miło to wspominają, to ryzyka nie ma. Można wsadzić dziecko na pokład, a później na blogu opisać z entuzjazmem jak pasjonat lotnictwa ma wspaniałe marzenia i umożliwia ludziom przygodę życia.

Mało która z tych osób podejdzie do tego krytycznie, a już nieliczne prześwietlą taką działalność na własną ręke – żeby ze zgrozą dojśc do tego, że właściciel helikoptera to człowiek który o pilotażu ma pojęcie nikłe, obsługi nauczył się metodą prób i błędów, pozwolenie na posiadanie i loty ma przez lukę w prawie a helikopter został zakupiony nie wiadomo do końca skąd.

Sytuacja w tym przypadku wygląda analogicznie. I jest o tyle groźniejsza, że puma to nie maszyna – nie można nad nią w pełni zapanować, pomijając już podłoże etyczne i prawne takiej działalności, bo o tym były poprzednie notki.

Dla mnie to oczywiste, że nawet oswojona i odchowana butelką puma to nadal w głębi dzikie zwierzę, u którego prędzej czy później instynkty mogą przeważyć, a wtedy drugiego ssaka może potraktować tak, jak w naturze traktują je prowadzące samotniczy tryb życia pumy – albo jako konkurenta na swoim terytorium, albo jako pożywienie, albo jako partnera do rozmnożenia. I to będzie moment, akcja potoczyć się może błyskawicznie, a efektem będzie tragedia której ofiarą padnie nie tylko osoba postronna jak np. dziecko, ale też zapewne wtedy puma, która może zostać potraktowana tak, jak traktuje się agresywne psy.

Próbowałem z tymi ludźmi dyskutować. Tłumaczyć im, jaka jest różnica między zwierzęciem udomowionym a dzikim, jak wygląda kwestia instynktów, zwłaszcza mając na uwadze to, że naczelna zasada przy oswojonych, dużych kotowatych to „nigdy nie odwracaj się do nich tyłem”. Że już nie da się stworzyć przy tej pumie groźniejszej sytuacji, jak ustawić do niej tyłem dziecko, gdy ta jest na swoim wybiegu. Pomijając instykty kotowatych, jest to sytuacja tym niebezpieczniejsza, że istnieją materiały video pokazujące jak wyglądały zabawy właściciela z pumą – czyli pozwalanie jej na gonitwę za człowiekiem i rzucanie się na niego:

(00:42)
http://teleexpress.tvp.pl/16630827/puma-jak-mruczek


https://www.facebook.com/studiodowynajeciacom/videos/346382915572910/

Trafiałem w ścianę, ale już rozumiem dlaczego. Jestem dla nich przypadkowym człowiekiem z internetu. Choćby 100 osób zarzuciło komentarzami takich ludzi, czy fundacje zalinkowaną wyżej, to i tak ich to nie przekona – bo na drugim biegunie jeśli chodzi o tę argumentację i wiarygodność, jest właściciel pumy. I jeśli już dali mu się przekonać, że to bezpieczne, to nie zmienią zdania przez „opinię” przypadkowej osoby. Dlatego taka dyskusja jest bezpłodna i nie ma sensu.

Co ma sens, to zapytanie o opinię specjalistów – naukowców z uczelni tematycznych oraz dyrektorów i kierowników działów hodowlanych ogrodów zoologicznych.

Poprosiłem ich o odpowiedzi na 2 pytania:

1) Czy da się w pełni przewidzieć zachowanie pumy (Puma concolor) która od małego była odchowywana przez człowieka?

2) Jakie ryzyko wiąże się z zabieraniem takiej pumy w obce jej miejsca, nierzadko publiczne i/lub udostępnianie kontaktu z nią obcym jej ludziom, w tym m.in dzieciom.

Prosząc przy tym o zgodę na pulbikację oraz podpierając pytania przykładami zalinkowanymi wyżej, a pełna treść wysłanego maila w linku. Oczywiście jego forma różniła się w zależności od adresata:
http://i.imgur.com/G1a95Zm.jpg

Odpowiedzi które otrzymałem:

prof. SGGW dr hab. Tadeusz Kaleta, Kierownik Katedry Genetyki i Ogólnej Hodowli Zwierząt, Wydział Nauk o Zwierzętach Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie
Tematyka prac badawczych i zainteresowań: m.in zoobiologia, relacje człowiek – zwierzę, ssaki drapieżne.
http://www.sggw.pl/o_pracowniku&employee_id=1198606

1) Nie da się przewidzieć zachowania pumy. Nawet u psa domowego, który jest najstarszym zwierzęciem domowym nie da się przewidzieć całkowicie choćby reakcji agresywnych, o czym świadczą liczne pogryzienia ludzi wywołane przez psy . Tym bardziej nieudomowione zwierzę oswojone (nawet odchowane) może w sposób nieprzewidywalny reagować na bodźce, których nie jesteśmy w stanie kontrolować (zwłaszcza w przestrzeni publicznej). Tu trzeba dodać, że zwierzęta funkcjonują w sferze wrażeń często niedostępnych dla człowieka (np. dźwięki, zapachy).

2) Tu przechodzimy do drugiej kwestii. Takie działania, jak zawarte w pytaniu są obarczone dużym ryzykiem dla postronnych ludzi, w szczególności dla dzieci (często traktowane przez duże koty jako potencjalne ofiary).

Najwięcej danych dotyczących wypadków z dzikimi kotami trzymanymi przez człowieka odnotowano w USA, bo Amerykanie mają też najbardziej liberalne przepisy (choć są one zróżnicowane w zależności od określonego stanu). Badałem to w swoim czasie. Udokumentowane wypadki dotyczyły głównie lwa i tygrysa, bo też one są najchętniej w USA trzymane zarówno jako pet animals, jak i źródło zarobku (np. filmy, reklamy itd.). Inne koty mogą być jednak także bardzo niebezpieczne. Generalnie, liczne i nierzadko tragiczne w skutkach wypadki z kotami wynikały przede wszystkim z niedostatecznej kontroli zwierząt, umożliwiające ich ucieczki, oraz niefrasobliwości obcych dla zwierząt ludzi, próbujących dotykać, głaskać itd. Wydaje się także, że , co gorsza, wielu właścicieli dzikich kotów ma daleko niewystarczającą wiedzę dotyczącą ich biologii, zachowania się, potrzeb, co dodatkowo może sprowokować niepożądaną reakcję zwierzęcia.

Uważam, że casus amerykański jest znamienny. Wskazuje on, że trzymanie dużych i niebezpiecznych dzikich (to znaczy nieudomowionych) zwierząt w warunkach domowych jest bardzo ryzykowne zarówno dla właściciela, jak i otoczenia. Pomijam całkowicie konieczność zapewnienia dobrostanu zwierzęcia, a więc zaspokojenie potrzeb, ograniczenie stresu itd. Trzeba mieć także świadomość, że wszystkie dzikie koty są w większym lub mniejszym stopniu gatunkami zagrożonymi  w środowisku naturalnym.

 

Dr. Andrzej G. Kruszewicz, Dyrektor miejskiego Ogrodu Zoologicznego w Warszawie

1) Nie, bo np. podczas rui może się zmieniać, dziwnie reagować na nowe zapachy itd.

2) To jest niedopuszczalne!

 

mgr inż. Grzegorz Garbuz, Dyrektor Ogrodu Zoologicznego im. Stefana Milera w Zamościu

1) Nie jest możliwe pełne kontrolowanie pumy nawet odchowanej na smoczku przez człowieka. W ogrodach zoologicznych najwięcej wypadków ma miejsce zwłaszcza z udziałem takich zwierząt ponieważ ich opiekunowie są przekonani, że w pełni są w stanie przewidzieć zachowanie zwierzecia. Niestety natura czesto wygrywa z wychowaniem i skutki bywają tragiczne.

2) Niebezpieczeństwo niekontrolowanej agresji zwiększa się w przypadku eksponowania zwierzecia w obcym otoczeniu dlatego uważam,że umozliwianie zwłaszcza dzieciom bezpośredniego kontaktu z takim zwierzęciem to przejaw lekkomyślności i braku odpowiedzialnosci.

 

p. Andrzej Malec, kierownik działu hodowlanego Śląskiego Ogrodu Zoologicznego

1) Jest to niemożliwe. Indywidualny charakter zwierzęcia, chwilowe warunki otoczenia, pogoda, obecność innych osób niż opiekunowie, obecność innych zwierząt domowych, zapach po spożyciu alkoholu itp. mogą indukować nieprzewidywalne reakcje.

Przykłady z naszej praktyki :

- odchów 2 małych pum . W okresie karmienia mlekiem i początkowym okresie przechodzenia na pokarm stały bezproblemowy kontakt z opiekunami zwierząt i osobą wykonującą dokumentację fotograficzną. Po osiągnięciu wieku ok. pół roku samiczka stała się agresywna dla opiekunów i zaprzestano bezpośrednich kontaktów, trwała nadal pełna tolerancja dla fotografa z którym miała kontakt od urodzenia ale sporadyczny. Samiec upodobał sobie jednego opiekuna, chodził z nim na spacery, w pełni tolerował jego obecność na wybiegu, drugi opiekun, którego znał od urodzenia stał się obiektem nieprzyjaznych „polowań”.

- odchów tygrysów syberyjskich. Przyjazny odchów na butelce, zabawy z opiekunami , spacery. Po osiągnięciu wieku ok. pół roku stały się zbyt silne do symulowanych zabaw, siłowania i ataków. Uderzenia łapą mogło wyrządzić poważną krzywdę , zabawa mogła zamienić się w polowanie. Pozostała nam „szorstka przyjaźń”

Przykład z RPA w Afryce. Odchowano geparda na butelce na farmie zawodowych hodowców zwierząt. Córka właścicieli codziennie biegała z gepardem w terenie. Pewnego razu biegnąc obok zwierzaka chciała sprowokować go do szybszego biegu i nagle przyspieszyła wyprzedzając go. Gepard zaatakował ją i dotkliwie poranił. Nagła ucieczka „obiektu” wyzwoliła w nim odruch polowania i ataku.

2) Istnieje ryzyko indukcji naturalnego odruchu polowania w przypadku gwałtownego zachowania, szybkiego ruchu, symulowania ucieczki, innych tego typu „działań” mających na celu sprowokowanie zwierzaka do reakcji. Puma atakując zazwyczaj chwyta za kark uszkadzając kręgi i rdzeń kręgowy. Z danych opisujących ataki pum na ludzi w USA najczęstsze są urazy głowy i szyi, najbardziej narażone na ataki były dzieci.

 

dr Robert Maślak, Uniwersytet Wrocławski, Instytut Biologii Środowiskowej Zainteresowania badawcze: m.in etologia, w tym szczególnie zoopsychologia i dobrostan zwierząt dzikich w niewoli

1) Nikt nie jest w stanie przewidzieć do końca zachowania zwierzęcia, ale o ile w przypadku małego i łagodnego gatunku nieprzewidziane zachowanie nie przyniesie ze sobą dużych szkód, o tyle w przypadku tak dużego i potencjalnie niebezpiecznego zwierzęcia jak puma, konsekwencje mogą być tragiczne. Mała puma odebrana matce stosunkowo łatwo się oswaja i ma często dobry kontakt z opiekunem. Także okres młodości takiego osobnika jest stosunkowo bezpieczny dla otoczenia. Puma, jak każdy kociak, lubi zabawę, pieszczoty i kontakt z człowiekiem, którego traktuje jak matkę. Problemy zaczynają się zwykle wraz z osiągnięciem dojrzałości płciowej, niektóre pumy pozostają łagodne, inne staja się agresywne lub miewają okresy rozdrażnienia. Podobnie jak u wielu innych inteligentnych ssaków zmienność w zachowaniu pomiędzy osobnikami jest ogromna. Najgorzej jest, gdy dojdzie do sytuacji lękowej, z którą puma nie umie sobie poradzić. Najlepiej widać to u osobników zbiegłych z hodowli. Pomimo wychowywania się blisko człowieka, w warunkach stresu ich zachowanie jest trudne do przewidzenia. Szacuje się, że w ciągu ostatnich ponad 30 lat aż 2/3 ataków pum na ludzi w USA jest spowodowana właśnie przez osobniki zbiegłe z domów i hodowli.

2) Z tym pytaniem wiążą się dwa aspekty. Jeden dotyczy dobrostanu, drugi bezpieczeństwa. Z częstym przemieszczaniem wiąże się często stres oraz konieczność uwięzienia zwierzęcia w ciasnej klatce czy na smyczy. Trudno uznać to za komfortowe dla pumy. Zwiększa to także ryzyko ewentualnej ucieczki kota. Poważniejsze jednak wydaje się potencjalne niebezpieczeństwo dla ludzi, którzy mają kontakt z pumą. Trzeba powiedzieć wprost, dorosła puma może być bardzo niebezpieczna, wystarczy jakaś nieprzewidziana okoliczność, aby zwierzę poczuło zagrożenie i stres. Nie musi to być od razu wybuch petardy, ale obcy zapach, dźwięk czy po prostu zmienny nastrój związany z cyklem rozrodczym. Wtedy droga do ataku na człowieka jest bardzo krótka. Konsekwencje mogą być tragiczne, a siła i szybkość działania kota zaskakująca nawet dla właściciela.

 

p. Maja Szymańska, kierownik działu ssaków drapieżnych Ogrodu Zoologicznego w Poznaniu

Nie da się w 100% przewidzieć zachowania dzikiego kota. Trzeba wielu, wielu lat pracy z dzikimi zwierzętami, by nauczyć się tego co dzieje się głowie danego zwierzęcia. Że każdy wydawany przez nie dźwięk, ruch ogona, mimika pyska, postawa ciała, sposób w jaki jeży sierść zdradza nastroje zwierzęcia. A i tak jego reakcję trzeba zawsze rozpatrywać na poziomie konkretnej sytuacji. I trzeba zawsze pamiętać o tym, że dzikie zwierzęta są mniej przewidywalne niż zwierzęta domowe. Te ostatnie były od wielu pokoleń, selektywnie hodowane pod kątem pewnych, pożądanych przez człowieka cech, min. łagodności i braku agresji w stosunku do istoty ludzkiej. W przypadku dzikich zwierząt nie ma mowy o takim procesie.

Młode pumy, podobnie jak i kocięta innych dużych kotów są słodkie i „przytulaśne”. Ale to może się zmienić gdy osiągną dojrzałość płciową. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że pojawi się u nich agresja i chęć realizacji naturalnych instynktów np: przedłużenia gatunku. A gdy małe kocięta wychowane przez człowieka, tzn. nie znające naturalnego wzorca zachowań charakterystycznego dla własnego gatunku, urosną, mogą zachowania seksualne przenosić na człowieka.

Wyraźnie podkreślę, że żyjąc i pracując z dzikimi kotami musimy zawsze mieć na względzie fakt, że drzemie w nich instynkt drapieżnika-zabójcy i przed tym nie uciekniemy. I że ten instynkt może zawsze się obudzić, w każdej sytuacji. Może go wywołać dźwięk klaksonu samochodowego, sygnał syreny alarmowej, wystrzał fajerwerków, jakiś drażniący zapach. Jest wiele czynników, które mogą zwierzę rozdrażnić, przestraszyć i wywołać u niego nieprzewidywalną reakcję. Zatem zabieranie takiego kota, w zupełnie obce dla niego miejsce, pełne obcych dźwięków i zapachów, może wywołać u zwierzęcia atak agresji. A nawet jeżeli mamy do czynienia z osobnikiem o wyjątkowo łagodnym usposobieniu, to proszę pamiętać, że jest to drapieżnik, wyposażony w kły i pazury które służą mu w naturze do zabijania innych zwierząt. Dlatego udostępnianie ludziom, w tym dzieciom, kontaktu z dużym drapieżnikiem niesie ze sobą ryzyko podrapań, pogryzień, a w skrajnych przypadkach nawet śmierci.

Zrzuty ekranu maili:
http://imgur.com/a/XbJrI

Odpowiedzi nie pozostawiają miejsca na wątpliwości. Nie da się w pełni przewidzieć zachowania pumy odchowanej „od małego”, a umożliwianie kontaktu z nią osobom postronnym (jak i opieka nad nią) jest czymś niebezpiecznym. Jak w praktyce wygląda atak oswojonego, dużego kotowatego na człowieka który następuje gdy przeważą instynkty? Jest to moment, rzadko kiedy poprzedzony jakimkolwiek ostrzeżeniem, a idealnie został przedstawiony na gifie niżej, i w szerszym kontekście w materiale filmowym pod gifem.


http://i.imgur.com/JFuQsmZ.gifv



 

Sesja zdjęciowa, ewidentnie oswojony, młody lew, 2-3 sekundy w trakcie których instynkty przeważyły nad oswojeniem. Efekt? 4 połamane żebra u ofiary, a to i tak szczęśliwie biorąc pod uwagę okoliczności. „Trenerzy” zapewne też przed sesją uspokajali, że będzie wszystko ok. Pumy tylko pozornie są mniej groźne niż lwy – to zbitki mięśni, potrafiące skakać kilka metrów wzwyż i polujące w naturze na zwierzęta większe od siebie. Jak wygląda ich strategia unieszkodliwiania ofiary – na filmie niżej.

 



 

Pumy to zwięrzeta polujące z zasadzki. Nie dają sygnałów ostrzegawczych (tak jak nie robi tego żaden atakujący drapieżnik), wszystko rozgrywa się błyskawicznie, a ofiara jest zabijania poprzez obrażenia rdzenia kręgowego i/lub uduszenie. Biorąc pod uwagę wszystko co zostało powiedziane wyżej i materiały filmowe, jedynie osoba zupełnie pozbawiona wyobraźni mogłaby stwierdzić, że udostępnienie oswojonej pumy postronnym ludziom nie wiąże się z żadnym ryzykiem.

Jak zostało wspomniane w opiniach wyżej, problem niebezpieczeństwa związanego z przetrzymywaniem dużych kotowatych jest szczególnie widoczny w USA, z uwagi na dużo liberalniejsze prawo w tym względzie. I tam, organizacje zwalczające takie zjawisko, publikują konkretne dane dotyczące ataków oswojonych kotowatych (w tym pum) na ludzi.


http://bigcatrescue.org/children-killed-and-mauled-by-big-cats/


http://bigcatrescue.org/big-cat-attacks/

W Polsce duże kotowate posiada prywatnie więcej niż jedna osoba – ale tylko jedna osoba publicznie chwali się swoją działalnością polegającą na stwarzaniu zagrożenia dla pobocznych ludzi którzy nie są świadomi ryzyka. Czy pomijając względy etyczne i prawne, można by przymknąć oko na trzymanie na swojej posesji dużego kotowatego, wzruszyć ramionami i powiedzieć „nie moja sprawa”? Nie wiem. Natomiast wiem, że nie może być zgody na działalność przedstawioną w linkach na początku notki, i udokumentowaną we wpisie poprzednim. Tragedia jest kwestią czasu – tak, jak potencjalni naśladowcy którzy dostają gotową receptę jak można legalnie nabyć i przetrzymywać pumę, oraz którzy dostają przekaz „po zalegalizowaniu wolno mi wszystko”. Przy bierności, za 10-15 lat możemy mieć przez to sytuację jak w USA.

Niestety ze swojej strony jedyne co mogę, to nagłaśniać sprawę i próbować edukować potencjalne ofiary lekkomyślności przedstawionej w cyklu wpisów o ogródkowej pumie.

P.S. Na stronie www działalności opisanej w tych notkach widnieje dokument z Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie, mówiący o nawiązaniu współpracy:
http://projektpuma.kylos.pl/WordPress/zakresy-dzialalnosci/dzialalnosc-naukowa/

Zapytalem osobę której podpis i pieczątka widnieje na dokumencie, jak ta współpraca wygląda i poprosiłem o zgodę na publikację. „Współpraca” wygląda tak, jak podejrzewałem:

prof. dr hab. Leszek Drozd
Wydział Biologii i Hodowli Zwierząt
Zakład Hodowli Zwierząt Towarzyszących i Dzikich
Uniwersytet Przyrodniczy w Lublinie

Pan Kamil S. zwrócił się do mnie w lecie ubiegłego (2014) roku z zapytaniem czy nie jestem zainteresowany współpracą w zakresie badań behawioralnych nad pumą, która jest w jego legalnym posiadaniu. Ponieważ mój Zakład prowadzi badania nad zachowaniem się zwierząt wyraziłem zgodę. Warunkiem umowy ustnej była możliwość prowadzenia obserwacji przez moich współpracowników i studentów pumy w miejscu jej przebywania. Pan Kamil S. poprosił mnie czy nie mógł bym skierować do niego stosowne pismo co też uczyniłem. Na jesieni 2014 roku i początku 2015 roku pan Kamil S. był ze swoją pumą na spotkaniu ze studentami (na jego prośbę) kierunku „behawiorystyka zwierząt” Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie. Na spotkaniach tych spotkał z merytoryczną i uzasadnioną krytyką swoich działań. Po tych spotkaniach chciałem żeby pan S. potwierdził, kiedy będzie można przeprowadzić z naszej strony obserwacje behawioralne pumy w celu określenia, jak to zostało ujęte w moim piśmie, w zakresie adaptacji i dobrostanu dzikich zwierząt. Interesowało nas porównanie behawioru pumy utrzymywanej w warunkach domowych z naszymi wcześniejszymi badaniami prowadzonymi nad dzikimi kotowatymi w warunkach ogrodów zoologicznych. Po tych prośbach nasze kontakt urwały się i uznałem, że na tym nasza „współpraca” została zakończona. Działalności cyrku pana S. nie śledzę ponieważ jestem gorącym przeciwnikiem wykorzystywania zwierząt w tego typu działalności.

http://i.imgur.com/vdZHHbs.jpg